Błędy, które słychać – audiobooki, piosenki i filmy

„Panie Marcinie, ale po co robić korektę tekstu? Przecież… nagrywamy audiobooka, więc błędy nie będą widoczne!” – usłyszał z ust producenta jeden z moich biznesowych kolegów. Czy jednak na pewno usterek, które widać w tekście, odbiorca „dźwiękowy” nie usłyszy? Sprawdźmy.

Faktycznie: ucho ludzkie nie odróżni fonetycznie „u” od „ó”, nie zorientuje się też, że „żeka” (o, jakaż kumulacja „żżż”!) jakoś dziwnie szumi, a „może” niekoniecznie jest sporym akwenem. Dawno minęły również czasy, kiedy mniejsza lub większa gardłowość pozwalała odróżnić „h” od „ch” (no, może nie w przypadku języka arabskiego, który zachował aż kilka sposobów artykułowania tej spółgłoski).

 

No tak, błędów ortograficznych z słuchu raczej nie wychwycimy. Co jednak z interpunkcją? Bo gdybym zapisał „co jednak z interpunkcją” bez pytajnika, to czyż lektor odczytujący tekst nie zaakcentowałby tego wyrażenia zgoła inaczej? No ba! (Które, notabene, również brzmi inaczej niż „no ba…”). I czy miejsce ulokowania niegroźnego na pozór przecinka nie mogłoby kosztować kogoś życia? Jak w kultowym już wśród językoznawców przykładzie telegramu:

Rozstrzelać nie wolno, wypuścić!

versus:

Rozstrzelać, nie wolno wypuścić!

 

Ależ ta interpunkcja potrafi (a może: „może”?) być zabójcza!

Wróćmy jednak do audiobooków. Jako że jestem ich fanatycznym (o, co za mocne słowo! może wystarczyłoby „namiętnym”?) wielbicielem, słucham sporo książek „nausznych”. Zmora korektora (no proszę, jakaż piękna byłaby to nazwa dla serwisu WWW: ZmoraKorektora.pl…) nie pozwala mi wszelako słuchać w spokoju, albowiem co i rusz jakiś audialny zgrzyt razi mój bębenek. A nierzadko – oba.

Oto garść audio-straszydeł (mniejszych i większych), których nie wyłapano w trakcie korekty, a które w ostatnich miesiącach wpadły mi – nomen omen – w ucho:

 

Artur Conan Doyle, „Zagadki Sherlocka Holmesa”:

Do czasu twego powrotu będę miał dosyć czasu, by ustalić, gdzie znajduje się brylant.

 

Pierre Charras, „Dziewiętnaście sekund”:

Nie zdradzała zamiaru, że ma zamiar wysiąść.

 

Dan Brown, „Cyfrowa twierdza”:

  • Obok ciała Heila na podłodze leżała kartka papieru.
  • Przez chwilę stał nieruchomo, ciesząc się słońcem i zapachem pomarańcz. [Wiem, wiem: norma dopuszcza zarówno wersję „-ńcz”, jak i „-ńczy”; a jednak jakoś tak kłuje w mózg…]

 

Dan Brown: „Anioły i demony”:

  • Asasyn tym czasem nie marnował czasu.
  • Słyszeli już stłumiony ryk tłumu.
  • Odliczał nieubłaganie czas, podczas gdy helikopter wzbijał się coraz wyżej.

 

Andrzej Pilipiuk, „Oko jelenia. Droga do Nidaros”:

  • …tak też i zapewne było naprawdę.
  • Umilkł i opróżnił kubek do końca.

 

Albo też usterki z jednego z najostatniej (pozwolicie na taki neologizm-dutkonizm?) słuchanych audiobooków:

  • …był oddanym fanem zespołu Chicago Cubs, na które często uczęszczał.
  • …choć takich osób osobiście nie pamiętam.
  • …świstek, którego PKP nie akceptuje. [Pamiętamy, że „PKP” to one – koleje?]

 

W tekstach czytanych na głos mogą pojawić się też specyficzne usterki, które z kolei w druku nie mają szansy zaistnieć. W jedną z takich pułapek wpadł Marian Opania, czytający powieść „Ścigany” Simona Kernicka. Bohaterem książki jest prawnik Jack [dżek] Calley. Kiedy w pewnym momencie jego angielskie imię  pojawia się w dopełniaczu Jacka, znużony lektor z rozpędu odczytuje je „po polsku”: [jacka]. Błąd ten nie został wyłapany, bo… przecież mało kto robi korektę audiobooka już po nagraniu!

Językowych perełek w książkach słuchanych jest bez liku (a czy ktoś wie w ogóle, co to ten „lik”?). Ale przecież audiobooki to nie jedyna forma odczytywania na głos tego, co zapisano: są jeszcze przemówienia, kazania, teksty odczytywane z teleprompterów przez prezenterów telewizyjnych, czytane audycje radiowe, listy dialogowe w filmach… Wszędzie tam, gdzie słowo drukowane, którego nie poddaliśmy wcześniej korekcie, zamienia się w głos, niedoskonałości językowe wychodzą na żer…

 

A propos filmów (choć – dla ścisłości – winno być à propos): rzućmy okiem i uchem na obraz (bo i tak synonimizować można film) „Stan oblężenia” – w jednej ze scen pojawia się telewizor, z którego przemawia prezydent Clinton. W polskiej wersji padają słowa:

Powtarzam jeszcze raz: Ameryka dba o swoich obywateli.

Drodzy Autorzy i nieuważni Korektorzy: pamiętajcie, że albo się tylko „powtarza”, albo „podkreśla”, albo „mówi jeszcze raz”. Mam powtórzyć jeszcze raz?;)

 

A co z poezją śpiewaną? Co z piosenką „Złoty sznur”, autorstwa Michała Zabłockiego w świetnej interpretacji Grzegorza Turnaua?

Słyszymy:

Jestem tutaj, śpiewam, tańczę

i zajadam pomarańcze

a na drzewach kormorany

w usta pchają mi banany

Czy autorowi tekstu aby na pewno chodziło o kormorany (ptaki)? Czy może nastąpiło fatalne fonetyczno-genetyczne zawirowanie i – w ferworze twórczości – ptak podstępnie podszył się pod małpę (koczkodan), która jednak bardziej kojarzy się z bananami?

 

I jeszcze jedna, piękna piosenka – „W moim ogrodzie” zespołu Daab:

Ja twoje włosy dotykałem ukradkiem,

Gdy zamyślona z pochyloną głową,

Byłaś mi jak prześliczna nimfa,

Co się przegląda nad tafli wodą.

Pytam: nad tafli wodą czy nad taflą wody?

No tak, ale przy prawidłowej końcówce fleksyjnej nie będzie rymu…

 

Na początku tego artykułu napisałem o Marcinie, który usłyszał od producenta swojej książki czytanej, że w tej wersji błędów nikt nie wyłapie. Podobny komunikat odebrał jeden z moich fejsbukowych znajomych, Łukasz – autor książki z zakresu sprzedaży i marketingu, któremu wydawca powiedział: „Nie poprawiamy błędów w audiobookach, gdyż… to jest audiobook – tam nie widać błędów”.

Odpisałem wówczas Łukaszowi: „Mieli rację: nie widać. Ale słychać, i to jak diabli… Wystarczy, że brakuje przecinka, a zmęczony wielogodzinnym czytaniem lektor nie wczuwa się już w znaczenie, tylko robi przerwy tam, gdzie każą mu odpowiednie znaki. To trochę jak z kierowcą, który nie myśli, tylko jedzie na pamięć – i jeżeli przed przejazdem kolejowym zabraknie znaku STOP, tragedia gotowa…”.

 

No więc jak z tą korektą tekstów mówionych: warto czy nie?;)

 

korekto-dutko

Maciej Dutko

1 komentarz to “Błędy, które słychać – audiobooki, piosenki i filmy”

  1. Łukasz says:

    Też się spotkałem z sytuacją w której wydawnictwo podpowiadało mi, że nie trzeba robić korekty i redakcji bo po co ?. Jako kompletny laik uświadomiłem sobie, że tekst może mieć złą interpunkcje, że logika autora mogła się rypnąć. W sumie wydać audiobook bez korekty i redakcji to jak kupić nowy sprzęt bez gwarancji.

Skomentuj wpis